Działo się to dawno, dawno temu, jeszcze w zeszłym roku, jakoś tak w październiku. Wprowadzając się do nowego mieszkania postanowiłem sobie, że oddam się we władanie monopolisty radiowo-telekomunikacyjnego w naszym kraju a na pewno w mojej dzielnicy tzn TP.sa. Neostrada z wypasionym liveboxem to jest to - tak sobie wtedy myślałem. Nawet telewizję sobie dodałem, żeby było do kompletu, bo podobno można. Wszystko działało do momentu, kiedy postanowiłem rozszerzyć ofertę programów tv o National Geografic. Telewizja się zawiesiła. Nic to, jak powiedziała Basia do Pana Michała W. (a może odwrotnie) - tyle lat zyłem bez telewizji, to pożyję jeszcze trochę, ważne, że pudełko z migającą @ podaje internet bezproblemowo, tylko kilka razy w tygodniu trzeba je od prądu odłączyć i ok jest. Ale jakież było moje zasmucenie wielkie, gdy w sobotę rano usiadłszy do komputera, zobaczyłem, że skype ma na swojej ikonce taki niewesoły krzyżyk (krzyżyki lubię, ale jednak nie na skype). Czem prędzej dzwonić zacząłem na magiczny numer 801505505. I się zaczęło.
Mam w komórce 6 (słownie sześć) smsów potwierdzających zgłoszenie awarii (nie będę tu umieszczał nazwisk osób, które ze mną rozmawiały i przyjmowały zgłoszenia). Jakoś tak co dwa dni zgłaszałem brak dostępu i każdy z tych panów miał inne rozwiązanie, choć zaczynało się zawsze tak samo - "jak zachowuje się dioda z małpą?" "Miga" - odpowiadałem. "Szybko?" "To zależy, stosunkowo szybko". A potem ich zeznania się różniły. jeden nawet mnie chciał namówić na zmianę sprzętu, to znaczy na dostarczanie netu drogą bezprzewodową, bo to podobno lepiej, ale że tradycjonalista jestem, więc się nie zgodziłem. Rekord pobiła panienka. Po wstępnych rozmowach o miganiu powiedziała mi, że ma w systemie numer telefonu komórkowego technika, który to numer ten technik zostawił pewnie po to, żeby mi go ta miła panienka podała. Gdy zapytała, czy ewentualnie nie chciałbym się skontaktować z panem technikiem, z wrażenia o mało co nie spadłem z krzesła. No jasne że tak!! - krzyknąłem i zacząłem szukać kartki i długopisu. Panienka zaczęła dyktować. W miarę jak padały kolejne cyfry, moje ciśnienie rosło i rosło, bo numer wydał mi się znajomy. Panienka zakończyła dyktowanie, a ja, gdy już przestałem się śmiać, wyjaśniłem jej, że to mój prywatny numer komóreczki, który podałem kilka rozmów wcześniej. Zaniemówiła i się rozłączyła (mam nadzieję, że nie umarła z wrażenia..).
Ostatecznie siódmy pan konsultant, do którego zadzwoniłem kilkanaście minut później, po podsumowaniu rozmowy z panienką jednym krótkim "żenujące" (z czym się oczywiście zgodziłem), zanotował historię choroby i powiedział, że jutro będzie u mnie monter. I tak się stało - monter przyjechał, stwierdził że skrzynka jest zepsuta, naprawił telewizję i kazał mi w telepunkcie wymienić liveboxa (gdybym miał pudełko, a okazało się później że jednak miałem tylko sprytnie ukryte, wymieniłby mi na miejscu).
Piszę, to wszystko, żeby uspokoić coponiektórych, którzy zaczynają się niepokoić, czy żyję i jednocześnie usprawiedliwić się, że nie mam bladego pojęcia o krzyżu, który gdzieś tam stoi. Ale jeśli chcecie, to sobie oczywiście dyskutujcie.
P.S.
eMTe, jeśli masz sprawę, wyślij maila a nie pisz o jakichś okrętach bo ja niekumaty jestem ;)